piątek, 13 października 2017

Wrocław Maraton i Mistrzostwa Europy Masters


Wrocław Maraton, piątka z córką na 22.km
Tegoroczny Wrocław Maraton był moim głównym startem w tym roku. Nie poszło tak jak się tego spodziewałem, więc mimo brązowego medalu Mistrzostw Europy Masters w Maratonie nie jestem zadowolony. Kiepski czas i słaby styl w jakim pokonałem trasę odbiegają od tego co sobie zaplanowałem. Przyszedł czas na podsumowanie tego startu i zastanowienia się nad przyszłością.


To już tradycja, że co roku przemodelowuję kompletnie sposób przygotowania do maratonu. Wiosną były eksperymenty z metronomem, później wczesnym latem bieganie krótszych odcinków na prędkościach jakich nigdy wcześniej nie dotykałem. Pełnia lata to trzy pokonane treningowo biegi na dystansie 42,195m. Sporo startów, w tym jeden półmaraton górski podczas Wielkiej Pętli Izerskiej.

Niestety pojawił się ITBS, który może nie rozwalił, albo bardzo skomplikował i utrudnił mi ostatni miesiąc treningu. Ból pojawiał się tylko dzień po mocnym akcencie, a później znikał, albo był na tyle łagodny, że mogłem biegać. Do startu zostały ostatnie tygodnie, więc o odpoczynku wystarczająco długim żeby zaleczyć kontuzję nie było mowy. Robiłem co mogłem, chodziłem na zabiegi, rolowałem i biegałem.

Jednak na 8 dni przed maratonem pod koniec lekkiego rozbiegania ból kolana zrobił się tak mocny, że ledwo dotarłem do domu. Przez następne dni bolało mocno już także podczas chodzenia, czy siadania.

Na szczęście z dnia na dzień tkliwość kolana robiła się coraz mniejsza, co dawało nadzieję, że może uda się wystartować. W dniu Maratonu praktycznie nie bolało, jedynie jak to w takich stresujących sytuacjach coś czułem, ale sam nie byłem pewny czy to ból czy moja projekcja bólu. Nie wiedziałem też jak ponad tygodniowa zupełna przerwa od biegania na mnie wpłynęła i czy kolano pozwoli mi przebiec całość dystansu.

W czwartek byłem u fizjoterapeuty, który podczas zabiegu zauważył, że lewa czwórka jest sporo większa od prawej (ITBS miałem na prawej nodze). Był to efekt uboczny treningu z bólem. Odciążanie jednej to przeciążanie drugiej nogi i prosta droga do kolejnej kontuzji.

Na Wrocław Maraton przygotowałem sobie 5 żeli. Pierwszego zjadłem stojąc już na linii startu, około minutę przed wystrzałem, kolejne planowane były co 8km. Ustawiłem się w drugiej, lub trzeciej linii. Przywitałem się ze znajomymi, odnalazłem się z Andrzejem. On planował 30km w tempie mojego startu, później schodzi lub spokojne dobiega sobie do mety. Jego główny start (wówczas planowany) miał być dopiero 5 tygodni później w Poznaniu.

Po mojej prawej Francuz Jerome Chiquet
Główny pretendent do złota w mojej kategorii Adam Draczyński od startu ruszył bardzo mocno. Ja podczas rozgrzewki nie czułem żadnych objawów ITBSa, jednak początek postanowiłem zacząć delikatniej i wsłuchać się w sygnały płynące z nóg. Te nie bolały, ale jednak były ciężkie i jakby trochę sztywne.

Po wybiegnięciu ze stadionu olimpijskiego rozejrzałem się za Andrzejem. Nie było go, co trochę mnie zdziwiło. Byłem raczej pewny, że nie ma go przede mną. Dopiero na mecie dowiedziałem się, że zaliczył upadek tuż po starcie i przez dłuższą chwilę nie mógł się podnieść przez ludzi, którzy na niego wpadali.

Zanim minąłem znacznik pierwszego kilometra ukształtowały się grupki zawodników biegnących w podobnym tempie. Adam biegł przede mną jakieś 50m, Koło mnie kolejni rywale z kategorii Tomek Sobczyk, Szymon Knobloch i Francuz Jerome Chiquet. Na początku było też kilka osób, których nie kojarzyłem. W końcu dobiegł do nas także Andrzej.

Wrocław Maraton, 5km (fot. Kuba Figiel)
Na 5.km biegło nas czterech z M-40 oraz Andrzej Witek. Francuz przez cały czas biegł na końcu grupki, skulony, koszmarnie technicznie. Mocno sapał i co jakiś czas zostawał lekko w tyle po czym nas doganiał. Ani razu nie wyszedł na prowadzenie, sprawiał wrażenie kogoś kto biegnie resztką sił, których wystarcza mu ledwo na trzymanie grupy. Oceniłem, że nie warto się nim przejmować, bo za chwilę zostanie i będzie cierpiał po tej szarży z nami. Niestety nie doceniłem go.

Po początkowo ostrożnym biegu właściwie zapomniałem o tym, że jeszcze tydzień temu ledwo chodziłem. Biegło się coraz lepiej. Czułem się na tyle dobrze, że dawałem mocne zmiany na prowadzeniu grupy.

Temperatura była idealna do biegu, nie było także słońca. Jedynie wiatr dosyć mocno wiał z zachodu. Niestety trasa miała dwie długie proste pod wiatr, od 10 do 14km oraz od 17 do 25km. Mijając 10km poczułem, że to nie będzie mój najłatwiejszy maraton w życiu. Kiedy poczułem na twarzy wiatr, zrobiło się ciężko. Na prowadzenie wyszedł Andrzej i dzięki niemu utrzymaliśmy tempo. Biegło się coraz gorzej, ale o dziwo nie mięśniowo lecz wydolnościowo i oddechowo. Tętno wyraźnie podwyższone, kiepskie samopoczucie.

Kiedy na 13.km ustawiliśmy się do wiatru plecami trochę odżyłem. Wyszedłem nawet na zmianę do przodu. W okolicy 15km biegliśmy we trzech z kategorii, Tomek Sobczyk odpadł na odcinku pod wiatr. Przed nami, teraz już ledwo widoczny biegł Adam Draczyński, nas było trzech, wyglądało więc, że jeden z nas biegnących razem w grupie zostanie bez medalu. Wciąż wtedy jeszcze byłem pewny, że będzie to Francuz, który pewnie dalej niż połowa dystansu nie da rady z nami biec.

2km dalej ponownie ustawiliśmy się pod wiatr. Tym razem na prawie 8km. Znowu zacząłem czuć się słabo. Schowałem się za Andrzejem i Szymonem, którzy parli do przodu rozbijając napierające na nas powietrze. Francuz kilka metrów za nami.

17.km

Powoli udało się wyrównać oddech, siły zaczęły wracać. Jerome znowu doskoczył do nas. Spojrzałem na zegarek i już wiedziałem dlaczego mija kryzys. Bardzo mocno zwolniliśmy. Z wcześniejszych kilometrów mijanych z tempem około 3:30 zwolniliśmy do 3:45, a momentami nawet 3:50.

Postanowiłem zareagować. Wyskoczyłem do przodu i mocno szarpnąłem.
Okolice 24km
Momentalnie odskoczyłem, ale chwilę później znowu biegliśmy w grupie. Jak później się okazało ten moment był przełomowy dla Andrzeja. Od 25km zaczął od nas odstawać, parę kilometrów dalej zrezygnował (wg wcześniejszych planów) z dalszego biegu. Zostałem sam z Szymonem i o dziwo wciąż biegnącym swoim koszmarnym stylem Francuzem.

Przed 30km ponownie zaatakowałem. Wciąż było nas trzech, co oznaczało jednego za dużo do medalu (licząc wciąż biegnącego daleko przed nami Adama). Tym razem odpuścił Szymon, Francuz sapał kawałek za mną, ale ciągle biegł. W okolicy 32km biegliśmy znowu razem. Obejrzałem się do tyłu, Szymon wyraźnie słabł, wyglądało więc, że medal prawie pewny.

Wtedy poczułem mocny ból w nodze. Ale nie była to prawa noga z ITBSem. Ból pojawił się w biodrze i pośladku nogi lewej. Nie było to kłucie, czy nagłe szarpnięcie, czyli coś wskazującego na naderwanie czy naciągnięcie mięśnia. Ból pojawił się dużo wcześniej tylko nie zdawałem sobie z niego sprawy. Bolało najpierw bardzo lekko, ale cały czas odczucie się potęgowało. W okolicach właśnie 32km zdałem sobie sprawę, że czuję mocny ból. Było to uczucie towarzyszące przemęczeniu mięśnia, kiedy boli on podczas narzucenia mu zbyt dużych obciążeń. Był to niestety efekt odciążania, nawet nieświadomego, nogi kontuzjowanej. Po prawie 2h biegu lewa noga miała dosyć tego nierównego rozdzielania zadań.

Boli już na prawdę mocno, muszę zwolnić
Zaczynam lekko kuleć i zwalniać. Francuz natychmiast atakuje. W ciągu kilku minut robi przewagę kilkudziesięciu metrów. Oprócz bólu czuję też ogromne zmęczenie. Oglądam się za siebie, nikogo nie widać. To wystarczy, zwalniam mocno i zaczynam odliczać metry do mety.

Na 40.km Francuza nie widać już z przodu. Nagle słyszę mocny oddech i rytmiczne kroki. O nie, myślę, Szymon się przebudził i właśnie tracę medal. Obracam się. Nigdy wcześniej nie ucieszyłem się tak z mijającego mnie Piotra Pobłockiego :) Za nim droga pusta. Piotrek jest w kategorii M-50 i właśnie pokazuje mi jakie to uczucie kiedy mija Cię ktoś o 10lat starszy :) Piotrek minął mnie jak furmankę i za chwilę na zakrętach już go nie widziałem.

Na dobiegu do stadionu oglądałem się co chwilę. Cierpiałem niemiłosiernie. Gdyby minął mnie ktoś z kategorii to natychmiast przestałbym biec. Na trasie trzymała mnie tylko myśl o medalu. Musiałem go mieć. Nie mogłem go stracić po tych 10km ledwo przebiegniętych.

Jeszcze na 800m przed metą, biegnąc piękną aleją dębową na terenie Stadionu Olimpijskiego obejrzałem się i nikogo nie zobaczyłem. Miałem łzy w oczach, że jednak się udało. Zwolniłem praktycznie do truchtu. Przybiłem piątkę dzieciom moim stojącym przy samym wbiegu na bieżnię stadionu żużlowego gdzie 200m dalej stał transparent z napisem META.

Widząc kiepski czas, czując koszmarny ból w obu już nogach truchtałem do mety. I kiedy przez nią przebiegłem i ledwo zatrzymałem czas, tuż obok mnie pojawił się Aleksander Krzempek z mojej kategorii. Wbiegł 4 sekundy za mną... Nie byłem kompletnie świadomy, że jest tak blisko mnie. Gdyby meta była 10m dalej tuż przed samą linią straciłbym medal.

Przez 15min nie mogłem się podnieść
Nie wiem jak to się stało, że go przeoczyłem patrząc do tyłu. Musiał biec blisko krawężnika lub płotu oddzielającego kibiców od trasy biegu. A może byłem już tak zmęczony, że widziałem to co chciałem zobaczyć...

Na moje szczęście meta była w odpowiednim miejscu i cały mój trud dobiegnięcia do końca opłacił się.
Jest 3. miejsce. Na 1. Adam Draczyński, na  2. Jerome Chiquet

Razem z Adamem i Aleksandrem Krzempkiem zdobyliśmy złoto drużynowo
Międzyczasy

Muszę przyznać, że to był chyba mój jeden z najtrudniejszych maratonów. Dawno nie miałem tak mocnego kryzysu i nie czułem takiego bólu. 

Uważam, że jeszcze miesiąc wcześniej mogłem myśleć o czasie poniżej 2:28. Jednak to jest maraton, tutaj nie da się oszukać organizmu. Miesiąc biegania z kontuzją plus tydzień przerwy tuż przed startem wystarczyły, aby z najważniejszego startu w roku o mały włos wyszła największa klapa.

Zaraz po Maratonie stwierdziłem, że to koniec sezonu, że muszę się doleczyć. Ale kilka dni przerwy, rolowanie i później rozbiegania pozwoliły spojrzeć na moją sytuację trochę spokojniej. W 2 tygodnie praktycznie wyleczyłem ITBS. Przez kolejny miesiąc kolano nie odezwało się ani razu. Mocno przemęczone przeciwległe biodro wygląda na odpoczęte.

Dlatego pojawiła się myśl o starcie w Poznaniu. Żal było mi całych przygotowań, a może jest jeszcze szansa wyciągnięcia z nich dobrego wyniku. Po Wrocławiu 2 tygodnie leczyłem ITBS biegając bardzo lekko niewielką ilość km. Później dwa razy w tygodniu 10km w tempie około maratońskim. Żadnych problemów mięśniowych.

2 tygodnie przed Poznaniem wystartowałem w BieguIT na 10km. Wygrałem z czasem 33:15, po 2 tygodniach luzu i tygodniu lekkiego biegania.

Tak więc jadę do Poznania po nową życiówkę :) 2:28:48 do złamania. Z takim zamiarem ustawię się na linii startu już w następną niedzielę 15. października. Prognozy mówią o słońcu i temperaturze w południe przekraczającej nawet 20C.

Ja się tak łatwo nie poddaję :)



9 komentarzy:

  1. Tyle czekałem na relację a tutaj na jej koniec taka niespodzianka czyli start w Poznaniu :) Powodzenie życzę, tym razem nie będę kibicował online bo sam biegnę (w zupełnie innej lidze) w Budapeszcie ;-). ziko303

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej, no tak się złożyło, że pobiegłem :) dzięki za kibicowanie. Wiele takich deklaracji usłyszałem i myśl o ludziach śledzących moje poczynania pozwoliła mi prawie doczołgać się do mety :)

      Usuń
  2. Czy podczas tej tygodniowej przerwy przed maratonem i po cwiczyłeś na orbitreku?
    Powodzenia w Poznaniu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    2. Tak, dwa razy wsiadłem na orbitreka i pokręciłem.

      Usuń
  3. To mieliśmy razem okazję biec w Poznaniu. Na ulicy Grunwaldzkiej, po pierwszej nawrotce miałem wrażenie, że biegniesz. Ale z góry odrzuciłem tę myśl jako niemożliwą. Szkoda, że czas nie taki jak zakładałeś. Ale przecież się łatwo nie poddajesz i kolejny sezon będzie Twój. Swoją drogą, podobno zacząłeś biegać w podobnym wieku co ja (ja miałem 35 i dzisiaj mam 2,5 stażu). Jeśli to prawda, to fajnie byłoby pójść Twoją drogą...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. sporo ludzi na tej nawrotce do mnie krzyczało, to było bardzo miłe i motywujące :) Co do wieku to ja wróciłem do biegania w wieku 35lat po latach przerwy i mając sporą nadwagę. Wcześniej biegałem na orientację, więc podbudowę sprawnościową i wydolnościową miałem :) Biegi na orientację czyli po lesie i łąkach na przełaj to najlepsza chyba możliwa metoda wzmocnienia i przygotowania organizmu do tego co czeka go na trasie maratonu :)

      Usuń
  4. Już nie mogę się doczekać na relacje z poznania. Uprzedzając fakty wydaje mi się ze to godzinne opóźnienie połamało marzenia wielu biegaczom, w tym niestety mnie. Pozdrawiam Grzegorz, dużo zdrowia i powodzenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na szczęście nie było zimno, ale cała rozgrzewka i przede wszystkim nastawienie bojowe trochę się ulotniło :)

      Usuń