niedziela, 13 listopada 2016

World Masters Athletic Championships Perth 2016


Główny start tego roku za mną. Mam trochę mieszane uczucia co do wyniku. Byłem drugi indywidualnie i razem z Bartkiem Mazerskim i Piotrkiem Suchenią zdobyliśmy złoto. Jak to się mówi: 'taki wynik przed startem brałbym w ciemno'. Jednak wracając pamięcią do przebiegu tego maratonu został jakiś tam niedosyt.



Przygotowania
Pisałem już, że w Australii spodziewałem się upału. Bieg we Wrocławiu pokazał, że jestem dosyć odporny na ciepło. Jednak po tym starcie miałem jeszcze ponad miesiąc, podczas którego było zimno. Kilka dni po biegu we Wrocławiu temperatura drastycznie spadła i dalsze przygotowania to niestety wyjątkowo kiepska jesień bez słońca za to z deszczem i niskimi temperaturami. Siedziałem w saunie, ubierałem się ciepło. Myślę, że na temperaturę byłem gotowy mimo wszystko. Jednak nie przewidziałem jednego, dziury ozonowej nad Australią. Słońce tam po prostu wypala mózg. Szczególnie w Perth, które jest otoczone dookoła pustyniami i jest jednym z najbardziej nasłonecznionych miejsc na naszej planecie. Kilka minut na tamtejszym słońcu i oparzenia słoneczne gotowe. Bieg rozgrywany był w średniej temperaturze około 35C i pełnym słońcu. Cienia było na trasie niewiele, więc dosyć szybko to właśnie adaptacja do warunków zaczęła mieć znaczenie.

Strefę czasową starałem się zmienić już na 2 tygodnie przed wylotem. Wstawałem i biegałem coraz wcześniej rano. Różnica czasu +7h, nasza 6:00 rano to 13:00 w Perth, 2:00 to odpowiednio 9:00. Zacząłem więc od wychodzenia o 6:00, aby na kilka dni przed odlotem biegać już o 2:00. Start na Mistrzostwach był planowany o 6:00 rano tam, a więc 23:00 w Polsce. Jednak mieliśmy tam być w środę, cztery dni przed startem i chciałem normalnie przesypiać noce, dlatego zdecydowałem się na taki eksperyment ze zmianą czasu.
Uważam, że się udało. Nie miałem problemów ze spaniem tam. Przesypiałem całe noce i wyspany wstawałem rano.
Wieczór przed startem sprzęt gotowy

Przed startem
Australia przywitała nas temperaturą powyżej 30C, bezchmurnym niebem i bardzo mocnym wiatrem. Wtedy też dowiedziałem się, że dzięki różnicy temperatur pustyni i oceanu w Perth wieje zawsze. Czasem mocno a czasem bardzo mocno... Pierwsze przebieżki na miejscu pokazały, że będzie ciężko. W sobotę, na dzień przed startem było w południe 36C, ostre słońce i wiatr. Prognozy na niedzielę były jednak łaskawe. Słońce wstaje tam o 5:00 rano i w momencie startu o 6:00 miało być jeszcze wciąż poniżej 20C, niebo miało być mocno zachmurzone i wiać lekki wiatr. Około 10:00 dopiero miało się przejaśnić, temperatura wzrosnąć delikatnie poniżej 30C i porządniej wiać. Niestety kiedy wstaliśmy prognozy zmieniły się i dzień miał być taki sam jak sobota, tylko dużo mocniej miało wiać.

No to ruszamy

Hotel zarezerwowaliśmy ok 2km od startu/mety maratonu, więc 4:50 rano ruszyliśmy z Piotrkiem Suchenią spacerkiem do centrum. Na miejscu okazało się, że weryfikacja zawodników nie jest zorganizowana najlepiej. My startowaliśmy o 6:00, a pół godziny po nas ruszał półmaraton na jedną pętle naszej trasy. Dla tak dużej ilości osób ustawiony był jeden stolik, przy którym pani szukała na liście zawodnika, odznaczała i zaznaczała potem na komputerze. Pewnie byłoby OK, gdyby wszyscy ustawiali się tam odpowiednio wcześniej, a półmaratończycy zaczekali aż maratończycy się zweryfikują. Jednak maratończycy czekali do ostatniej chwili, połówkowicze nie czekali i zrobiło się nerwowo. Na 10min do startu wciąż kolejka była ogromna. Wiadomo było, że start się opóźni. Niestety w tych warunkach każde 10min oznacza pogorszenie warunków biegu. Słońce szybko pięło się do góry, nie pozostawiając żadnych złudzeń, to będzie kolejny gorący dzień.

Bogdan Barewski, Antonii Cichończuk, Piotr Suchenia, Bartosz Mazerski, Grzegorz Gronostaj
Start
W końcu organizatorzy przyspieszyli weryfikację i wystartowaliśmy ok 15min później niż to było planowane. Ja jeszcze na starcie odnalazłem głównego faworyta imprezy Francuza  Francois Lebon z życiówką 2:22. Nie wiedziałem czy od razu ruszy mocno, czy będzie coś kombinował taktycznie.

No to lecimy panowie
Po starcie na czoło wyskoczyła grupka zawodników, otworzyli bieg bardzo mocno. Mój faworyt zaczął dużo bardziej rozsądnie, biegłem z nim po jakieś 3:40 początek. Trzymałem się go, ale też pilnowałem tempa na Garminie, żeby nie szastać zbyt mocno siłami w razie jakby przyspieszył. Wiało bardzo mocno, jednak przez pierwsze ok 5km był to wiatr z boku, ale znając trasę i kierunek wiatru wiedziałem, że następne 5 będzie mocno pod wiatr. Dobrze więc mieć za kogo się schować. Podczas pierwszych pięciu kilometrów doganialiśmy i mijaliśmy kilku zawodników, którzy zbyt mocno się podpalili na starcie. Jeden z mijanych jednak dołączył do nas, był to Belg Davy Acke. Tak więc do ok. 6km biegliśmy we trzech. Kiedy zaczęło mocno wiać w twarz, Francuz schował się z tyłu, a prowadzenie na siebie wziął Belg. Po około kilometrze biegu pod bardzo mocny wiatr wyszedłem do przodu żeby go zmienić, wtedy też obejrzałem się i ze zdziwieniem zobaczyłem, że Francuz zostaje w tyle. Kiepski moment na oddzielenie się od grupy. We dwóch dobiegliśmy do nawrotu i kolejne 5km mieliśmu już z wiatrem. Tutaj Belg zaatakował. Po nawrocie widzieliśmy, że z przodu z całej grupy został już tylko jeden Australijczyk, więc oto po 10,5km biegu byliśmy na 2. i 3. miejscu Open. Australijczyk z przodu miał numer z mojej kategorii M40, Belg był młodszy, M35.

Trasa po nawrocie wiodła tą samą drogą, więc mieliśmy bardzo dobry przegląd co jest za nami i przed nami. Francuz stracił bardzo dużo, nie wyglądał zbyt dobrze i dochodziła go już następna grupka, złożona właściwie z zawodników mojej kategorii. To był ostatni raz kiedy widziałem go na trasie. Na mecie chwilę rozmawialiśmy i skarżył się na bardzo mocny ból w prawej łydce. Mówił, że było coraz gorzej i przy nawrocie postanowił się wycofać.

Kiedy Belg zaczął przyspieszać ja postanowiłem jednak trzymać swoje tempo, wtedy biegłem w tempie około 3:35/km. Biegłem na pozycji medalowej, przeszarżowanie teraz mogło oznaczać nawet 5. miejsce w kategorii na mecie. Po drodze mijałem biegnących w przeciwnym kierunku Bartka i Piotrka walczących w M35, dopingowaliśmy się na wzajem, walczyliśmy przecież w klasyfikacji drużynowej.

Trasa miała sporo długich prostych więc można było śledzić co dzieje się przed nami. Australijczyk zniknął całkowicie już z pola widzenia, Belg bardzo szybko się oddalał. Na 15km było już naprawdę ciepło, a słońce mocno paliło. Biegłem sam, widząc, że przede mną sytuacja raczej pewna, jednak grupka biegnąca za mną może mnie dogonić. Brałem pod uwagę oszczędzanie sił, żeby móc wyskoczyć z grupy w razie jakby mnie dogonili. Oni stracą siły na dogonienie mnie, ja odpocznę, później schowam się za nimi. Może medal jeszcze nie jest stracony.

Na 18km zobaczyłem, że chyba zbliżam się do Belga. Na trasie było kilku Polaków, i byli dosyć mocno zaangażowani w doping :) Kiedy widzieli mnie to było już pełne szaleństwo, od nich dowiedziałem się, że Belg przede mną nie ma już sił, słania się na nogach, za to ja jestem okazem świeżości w kroku :) Wyglądam super i w ogóle mam go gonić, a nie się mazgaić :) Pomogło. Zacząłem naprawdę szybko zbliżać się do Belga. Na 20km byłem już przy nim. Spojrzenie w oczy, luźny krok, czyli cała psychologia niszcząca wroga :) Utrzymał się do nawrotu przy półmetku.

Tuż przed nawrotem na 21,1km

Połowa trasy to 1:16:50, a więc nici z dobrego wyniku. Słońce smażyło już potwornie i mieliśmy jeszcze przed sobą 5km biegu pod wiatr. Belg zaczynał odpuszczać, czyli pod wiatr będę biegł samotnie, wniosek: będzie dużo gorzej niż 2:33.

Zaraz po nawrocie na 21,1km

Po nawrocie oszacowałem, że Australijczyk z przodu biegnie cały czas mocno, za mną grupa trzyma wciąż mniej więcej tą samą odległość. Spojrzenie do tyłu i widzę już, że Davy nie radzi sobie zbyt dobrze z samotnym biegiem, dystans zwiększa się bardzo szybko. Kiedy zbliżałem się do 25km, a więc momentu ponownego ustawienia się pod wiatr, zauważyłem, że jestem blisko Australijczyka. Czyżby zrobił tylko pokazówkę przy nawrocie, a tak naprawdę cierpiał? Moi kibice Polacy kiedy ich ponownie mijałem nie mieli wątpliwości, że 'on ledwo biegnie', 'jesteś mocniejszy', 'ma minę jakby umierał' i oczywiście 'goń go'. Znowu pomogło :) Postanowiłem trochę sił wyrzucić żeby dojść go przed wmordewindem. Doskoczyłem do niego i schowałem się. Jednak on nie zamierzał służyć mi jako parawan. Kiedy zorientował się, że dogonił go zawodnik z tej samej kategorii mocno zwolnił. Przez chwilę myślałem, że faktycznie ma dosyć, więc dziarsko ruszyłem do przodu. On jednak cwanie biegł mi na plecach. Dopiero na nawrocie będzie można ocenić jak daleko są kolejni chłopacy z naszej M40, więc nie ma co teraz ryzykować zwalniania i zabawy 'kto poprowadzi pod wiatr'. I tak oto blisko 30km zostałem liderem całego biegu.

Czułem się znakomicie, nie miałem, żadnych problemów energetycznych, tempo również wydawało mi się komfortowe. Mijał także strach przed warunkami, który wcześniej kazał mi biec zachowawczo. Na 33km czułem, że to wygram, właściwie to byłem tego pewny. Australijczyk wyraźnie został z tyłu, ja prowadziłem, czułem się mocny i pełen energii.

Jednak na około 37km nagle zaczęły łapać mnie skurcze. Co ciekawe były to skurcze z boku korpusu. Bolał mnie też biceps w prawej ręce... Muszę to wziąć pod uwagę podczas kolejnych przygotowań. Chwilę później skurcze zaczęły atakować mi mięśnie dwugłowe. Przyszło ogólne osłabienie, miałem cholernie dosyć. Bolała mnie głowa od słońca i jedyne o czym marzyłem to cień. Zwalniałem mocno na punktach, oblewałem się wodą i piłem, piłem, piłem. Ale to nie pomagało. Za chwilę Wayne Spies, tak się nazywa Australijczyk, z którym walczyłem, doszedł mnie i wsiadł mi na plecy. Wiedziałem już, że właśnie poczuł przypływ sił widząc moją słabość, zaraz będzie demonstracja siły, która ma mnie złamać kompletnie. Ileż to razy ja sam stosowałem taką taktykę... Spodziewałem się wszystkiego co nastąpi, ale nie mogłem nic z tym zrobić. Słabłem z każdym krokiem. Wayne wyskoczył mi zza pleców i pognał w kierunku mety. Ja tylko oglądałem się za siebie. Teraz oprócz cienia marzyłem też o utrzymaniu pozycji, a po chwili w ogóle o dobiegnięciu. Nogi miałem już bardzo ciężkie i coraz mocniejszy ból głowy. Ostatnie 2km to była katorga. Wayne'a nie było już widać, za mną na razie pusto. I tak oto noga za nogą udało się dobiec do mety.
Meta z flagą przy dużym dopingu, fantastyczne uczucie
Daniel Suchenia, Piotrek Suchenia i ja, zgon na mecie

Nie było Mazurka Dąbrowskiego, ale i tak emocje ogromne

Wayne Spies na pierwszym i Damien Bruneau na trzeciem. Chłopaki obiegani w takich warunkach

Wnioski
Byłem drugi w Open i drugi w kategorii. Czas 2:35:50, bardzo słaby, jednak warunki było cholernie ciężkie. Widać nie dane mi było w tym roku pobiec żadnego maratonu w dobrych warunkach. Na Orlenie mocno wiało, we Wrocławiu było gorąco, a w Perth kumulacja roku, upał i wiatr.

Chłopaki z drużyny pobiegli rewelacyjnie. Bartek srebro w M35, Suchy mimo mocnego kryzysu zawziął się i dobiegł do mety. Dzięki temu zdobyliśmy złoto :)
Złota drużyna
Srebro i złoto, przed biegiem brałbym jak pisałem w ciemno. Jednak przegrałem tylko z ciemnoskórym mieszkańcem Australii, gościem biegającym na co dzień w takich warunkach. Wydaje mi się, że mogłem to wygrać, gdybym był w Perth z tydzień wcześniej, albo gdyby pogoda była taka jaką zapowiadali jeszcze dzień przed. Jednak to adaptacja do słońca i ciepła była tutaj najważniejsza, nawet biegnąc komfortowym tempem na spokojnym wybieganiu po dwóch godzinach na australijskim słońcu miałbym kryzys.

Cała ta męczarnia dla dwóch kawałków blachy z tasiemkami :)

Może gdybym po dogonieniu Wayne'a zwolnił razem z nim, nie stając się parawanem dla niego... Goniąca mnie grupa zaliczyła równie spektakularny kryzys jak ja, mniej więcej w tym samym czasie. Ale kto wie, gdybyśmy wtedy we dwóch zwolnili, to może dogoniliby nas i nie miałbym w ogóle medalu. Niewiadomych jest dużo, jednak w tych warunkach na tym dystansie to Wayne był lepszy.

Nie będę płakał, wicemistrzowi świata po prostu nie wypada :)

Żona, manager, kibic czyli bardzo ważna część wszystkich sukcesów, tych maleńkich i tych większych

6 komentarzy:

  1. Gratuluję Wyniku!

    OdpowiedzUsuń
  2. Wielkie, wielkie Gratulacje! Wicemistrz świata nieźle brzmi :-). Twój tekst pokazuje, że trzeba walczyć do końca!

    OdpowiedzUsuń
  3. "Na 33km czułem, że to wygram, właściwie to byłem tego pewny" - zdecydowanie wyglądałeś wtedy lepiej od Wayne'a, założyłem się nawet z kolegą Australijczykiem że to polska flaga będzie na najwyższym stopniu podium. Wielkie gratulacje, warunki były ciężkie więc tym bardziej uznanie za wicemistrzostwo świata!

    OdpowiedzUsuń
  4. Dziękuję za gratulacje, te tutaj jak i te z wykorzystaniem formularza kontaktowego. Człowiek czuje większą motywację do dalszej pracy czytając tyle miłych rzeczy :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Gratuluję. Marzą mi się takie wyniki... :)
    P.S. Koszt wyjazdu pokrył jakiś sponsor czy to z własnej kieszeni? Jeśli tak, to jaki był koszt takiego wyjazdu (o ile pytanie zbyt osobiste, proszę nie odpowiadać).

    OdpowiedzUsuń
  6. Własna kieszeń niestety. Nie ma chętnych na sponsorowanie sportu weterańskiego. Największy koszt to oczywiście przelot, który bardzo zależy od daty rezerwacji, ilości przesiadek i długości podróży. Sama Australia też jest drogim krajem, ale wszystko zależy na jakie warunki noclegowe jesteś w stanie się zgodzić i czy zależy Ci żeby być w centrum. Tak więc może być bardzo drogo, albo średnio drogo :)

    OdpowiedzUsuń